środa, 10 sierpnia 2016

Jak Cię zabić, kochanie? - Alek Rogoziński




    Wakacje, upał, urlopy to czas, kiedy szukamy lektury nieco lżejszej, która umiliłaby nam chwile, lecz równocześnie zmusiła choć do małej pracy nasze, już i tak rozleniwione szare komórki. Świetnie do tego nadaje się powieść sensacyjna, zdecydowanie wymaga odrobiny skupienia, a jeśli już sami chcemy wytypować mordercę, to już lepiej poświecić jej naprawdę sporo uwagi. „Jak cię zabić, kochanie” to już trzecia książka Alka Rogozińskiego, nazywanego księciem komedii kryminalnej. Jego pierwsza powieść zrobiła na mnie spore wrażenie, dlatego z dużą ciekawością sięgnęłam po najnowszą 
Młode małżeństwo ma możliwość odziedziczyć bajeczny spadek. Jednak by tak się stało, trzeba wypełnić pewne warunki zaznaczone w testamencie. Jakby tego było mało, czas, w którym mają być one spełnione jest ściśle określony i potencjalni spadkobiercy mają go coraz mniej. Wyjścia są dwa; albo wezmą się do roboty, albo cały spadek przejmie kościół i pośrednio ksiądz, który regularnie odwiedzał starszą panią z posługą chrześcijańską, za każdym razem wychodząc z czekiem na dotację parafii. Obie strony marzą o przejęciu spadku, i zaczynają chwytać się sposobów niekoniecznie zgodnych z prawem. Powstaje skomplikowana komedia omyłek, w rezultacie której okazuje się, że potencjalnych morderców jest więcej niż niedoszłych ofiar. Wszyscy są obserwowani, ścigani, a połowie bohaterów grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. 
   Ogromnie wartka akcja, ciekawa zagadka, lekko ironiczny sposób przedstawiania wielowątkowej fabuły to na pewno największe plusy tej powieści. Autor posługuje się specyficznym językiem, który bawi i ukazuje rzeczywistość w krzywym zwierciadle, przez co powieść czyta się znakomicie. Interesujący główni bohaterowie, małżeństwo Donków jak i cała plejada drugoplanowych np. Patryk Harris, Tygrys Złocisty czy Basieńka (och, dżemik z mirabelek, uwielbiam) są postaciami nieszablonowymi, charakternymi, które umiejętnie mieszają w fabule do tego stopnia, że w pewnym momencie wydaje się, że i one nie nadążają za biegiem wydarzeń. 
Osobiście przeszkadzały mi trochę tajemnicze siostry zakonne, uważam, że powieść fantastycznie obroniłaby się bez nich, i ten jakże amerykański akcent nie był konieczny. Co prawda dodały niewątpliwego kolorytu fabule, lecz dla mnie nic ciekawego nie wniosły oprócz elementów humorystycznych. Miały sporo na sumieniu, również w Polsce nieźle nabroiły, dlatego myślę, że zyskały sympatię niejednego czytelnika.
 Kto w rezultacie otrzyma niebotyczny spadek i co kryje się za płytkami w łazience? Czy mordercze plamy małżeństwa Donków powiodą się ? 
  „Jak cię zabić, kochanie” spełnia wszystkie warunki dobrej lektury na lato. Ciekawa intryga, wciągająca fabuła, pochłaniają czytelnika bez reszty. Dodatkowo autor naprawdę postarał się i skutecznie wyprowadza czytelnika w pole, miesza mu w głowie, podsuwa kilka rozwiązań, które w rezultacie okazuje się, że nimi się są. A wszystko to okraszone humorem i pewną dozą ironii. Polecam! 


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Nie czas na miłość - Agnieszka Walczak-Chojecka



    Agnieszka Walczak-Chojecka bardzo wcześnie zaczęła interesować się literaturą. Jej pierwszy wiersz powstał, gdy miała 5 lat. Później publikowała w „Nowym wyrazie” i „Poezji”. Była również autorką tekstów piosenek, jak i również sama zajmowała się śpiewaniem. Zagrała jedną z głównych ról w filmie pt. „Grzechy dzieciństwa”. Ukończyła filologię słowiańska na UW w czasie której zajmowała się tłumaczeniami literatury z języka serbskiego. Przez wiele lat pracowała w biznesie, piastowała najwyższe stanowiska. W pewnym momencie postanowiła wycofać się i zająć się literaturą. Zadebiutowała powieścią „Dziewczyna z Ajutthai” w grudniu 2013 roku
    Autorka w powieści „Nie czas na miłość” zabiera czytelnika w podróż na Bałkany. Początek lat dziewięćdziesiątych na tym obszarze, to czas wojennej zawieruchy, której początek zarówno mieszkańców tych terenów, jak i bohaterów powieści całkowicie zaskoczył. Wieloletnie niesnaski i wzajemne nieporozumienia wybuchły z ogromną siłą. I na ich tle jest właśnie osnuta historia młodych ludzi, z głównymi bohaterami na czele: Chorwatki Jasminy i Serba Dragana, chłopaka o polskich korzeniach. Kochający teatr, sztuki Szekspira, studiujący aktorstwo, w pewnym momencie muszą porzucić swoje pasje by walczyć zarówno o przetrwanie, jak i swoją miłość. Wejście w dorosłość w ich przypadku będzie powiązane z walką o lepsze jutro, jak i ludzką zawiścią i politycznymi poglądami i przekonaniami.
   Muszę przyznać, że autorka świetnie przygotowała się do tego, aby tło historyczne było autentyczne i dostarczało dodatkowych wiadomości o tym, jakże trudnym czasie. Umiejętnie pokazuje go w sposób absolutnie nie komentujący i nie narzucający swojego punktu widzenia. Staje się obserwatorką zdarzeń, w których na pierwszy plan wysuwa się historia młodych ludzi, którzy zderzywszy się z tak trudną rzeczywistością, niejednokrotnie sami mają problem z jej akceptacją. Etniczna nienawiść , oblężone Sarajewo, nacjonalizm ojca Jasminy, intrygi matki Dragana, wszystko to sprawia, że młodzi ludzie muszą dosłownie walczyć o swoją miłość, o to aby mieć wspólną przyszłość.  Świetnym zabiegiem jest połączenie fabuły z dramatami Szekspira, i wzajemnie ich przenikanie. Powoduje to zdecydowanie kumulację emocji, które nie znajdują ujścia, tylko wybuchają z jeszcze większą mocą. Autorka tak dobrze wkomponowała fikcję literacką w prawdziwą historię krajów bałkańskich, że z trudem uświadamiany sobie, że nie wszystko naprawdę się wydarzyło. Wspaniali, charakterni główni bohaterowie, z jakże jednak słowiańską duszą budzą ogromną sympatię, opozycja jednak trzyma się mocno. Czy ich uczucie jest na tyle mocne, że nie podda się w obliczu prześladowania? Czy dramatyczne przeżycia i ingerencja postronnych osób nie będą na tyle silne, żeby zniszczyć to, co ich łączy? Dwa odmienne frontu walczące o to, by świat na moment zatrzymał się i pozwolił na chwilkę oddechu.

„Nie czas na miłość” to powieść o sile uczucia, nadziei i pasji. O losie, który potrafi nie tylko zaskoczyć, lecz  zniszczyć plany i marzenia, pozostawiając małą furtkę na nadzieję. I to właśnie dzięki niej, jak i swojej pasji, bohaterowie, z większym optymizmem i wiarą patrzą w przyszłość.
Agnieszka Walczak-Chojecka napisała powieść, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Wzrusza, zmusza do refleksji, wpływa na nasz sytem wartości. Zdecydowanie polecam.

,  

sobota, 6 sierpnia 2016

Wiatr wspomnień - Dorota Schrammek

    Są takie książki, które czytamy dla odprężenia, z dużą przyjemnością i zainteresowaniem. Spotykamy w nich bohaterów, których bardzo szybko zaczynamy traktować jako naszych znajomych, czy nawet przyjaciół. Jesteśmy ciekawi jak układa im się życie prywatne i zawodowe, czy zaznali przykrości, czy też szczęście się do nich uśmiechnęło. Do takich książek na pewno należy cykl „Horyzonty uczuć” Doroty Schrammek. Pobierowska trylogia to jedna z tych pozycji, których bohaterowie zapadają nam głęboko w pamięć, przykuwają naszą uwagę a ich losy niby zwyczajne, lecz przez to prawdziwe, są czytelnikowi bardzo bliskie. Ostatni tom „Horyzontów uczuć” przedstawiają nam historie postaci już nam znanych, jak i zupełnie nowych. Chętnie gościmy w ich domach, zarówno tych tylko wakacyjnych jak i tych, których gospodarze mieszkają tu z dziada pradziada. Matylda stara się, po ogromnie trudnych zakrętach życiowych, wyjść na prostą. Jej pensjonat z powrotem zaczyna tętnić życiem, a ona sama zajmuje ważne stanowisko. Nie zapomina jednak o przyjaciołach i bliskich a nowi wczasowicze, nie dają jej ani chwili wytchnienia. Jedni nie stanowią problemu ,inni chcą wypoczywać jak najmniejszym kosztem, dodatkowo stresując właścicielkę. Tak jak w życiu, są tacy, którzy cieszą się każdą chwilką, umieją zająć się sami sobą i inni, którzy nie umieją żyć bez skupionej na nich uwagi i pewnego poklasku. Ze znanych nam postaci spotkamy na przykład Dorotę, w drugiej już ciąży, która odpoczywa w Pobierowie, jej przyjaciółkę Aldonę, zmuszoną po perypetiach życiowych do szukania zarobku i zajmującej się rękodziełem. Antoni Woźnica, specjalista od donosów i psucia wszystkim krwi, bezustannie marzy o wygraniu wyborów, czy ma na to szansę ?
    Nowymi, ogromnie barwnymi bohaterami są bracia – ksiądz i ginekolog, każdy budzący szacunek z innego powodu, lecz obydwoje silnie przyciągający płeć przeciwną. Niezwykle tajemniczą postacią jest pucybut mieszkający w przyczepie kempingowej, walczący o zaistnienie w miasteczku i o docenienie jego pracy.
    Autorka proponuje nam powieść ogromnie ciepłą i refleksyjną, gdzie bezpieczeństwo jest towarem ogromnie poszukiwanym. Bohaterów łączy wiara w lepsze jutro, a poszukiwanie szczęścia jest dla nich priorytetem. Szum fal, zachody słońca, wspaniały wakacyjny klimat w połączeniu z ciekawymi zbiegami okoliczności, tworzą cudowne tło do wydarzeń, które momentami całkowicie zaskakują .Autorka napisała powieść lekką, pełną codziennych problemów i dylematów, lecz ogromnie wciągającą. To duża sztuka stworzyć takich bohaterów, z którymi mamy ochotę popolemizować, czy nawet pokłócić się, a równocześnie darzyć ich ogromną sympatią. Spędzać z nimi czas i tak ogromnie żałować, że nie można do nich zadzwonić i zapytać, jak mija im dzień. Osobiście będzie mi ich brakować, dlatego na pewno w niedługim czasie powrócę jeszcze raz do tej lektury.











czwartek, 4 sierpnia 2016

Mroki Łowisk - Anna Kasiuk

   W zeszłym roku, również w sierpniowy czas, miałam przyjemność czytać pierwszą część sagi o mrocznych Łowiskach. Byłam wtedy troszkę rozdarta, ponieważ powieść zdecydowanie mnie zaciekawiła, fabuła zwłaszcza w drugiej części książki mocno wciągnęła, niestety, nie polubiłam głównej bohaterki. Jej charakter wydawał mi się mdły a jej pewne niezdecydowanie powodowało, że miałam ochotę troszkęnią potrząsnąć.  Zdecydowanie bardziej urzekły mnie męskie postacie, z konkretnymi charakterami, lecz i zmiennymi nastrojami. Sięgając po drugi tom, ogromnie byłam ciekawa, czy mój pogląd po tak długim czasie zmienił się. Na nowo zawitałam jako gość w niewątpliwie fantastycznym i ogromnie klimatycznym miejscu jakim są Łowiska. Majka zaczyna budować swoje życie, jej marzenie, własna poradnia psychologiczna nabiera wyraźnego kształtu. Jednak najpierw czekają ją długie godziny w szpitalu u boku ukochanego mężczyzny, który pozostaje w śpiączce. W tych trudnych chwilach ostoją staje się dla dziewczyny jego brat – Robert, który wspiera ją z całych sił. Jego słabość do Majki staje się coraz bardziej widoczna i powoduje to powstanie nietypowego trójkąta. I tu znowu daje mi znać moja niechęć do głównej bohaterki, znowu odnoszę wrażenie, że nie jest pewna swoich uczuć, że kusi ją pewna stabilizacją jaką miałaby przy statecznym prawniku. Poprawa zdrowia Pawła powoduje, że Majka w końcu decyduje się na ważny życiowy krok. Przeprowadzka do Łowisk, to pierwszy krok do symbolicznego wyzwolenia głównej bohaterki. Tu jednak życie toczy się odrobinę inaczej, na jego wpływ wielkie znaczenie mają magia, ogromnie realne sny i tajemnicza biała dama. Czy faktycznie klątwa istnieje? O co tak naprawdę chodzi niezwykłej kobiecie, która również ukazuje się Majce?
  Autorka proponuje nam powieść jak na razie kompletnie bez odpowiedzi na nurtujące czytelnika pytania. Umiejętnie wzmaga jego ciekawość, tak konstruując fabułę, aby była całkowicie nieprzewidywalna i wszystkie domniemania przy czytaniu okazują się nietrafione. Wydarzeniom towarzyszy fantastyczny klimat, który ani na moment nie pozwala na odrobinę oddechu, tylko cały czas buduje mroczną atmosferę. Autorka usiłuje prowadzić swoich bohaterów przez labirynt zagadek, niedomówień i niewiedzy. Cała trójka zaczyna współuczestniczyć w pewnej grze, w której nie widać jednak prowadzącego. Oj nieładnie tak, czekanie na trzeci tom teraz na pewno nie będzie takie proste, i czuję się całkowicie wodzona za nos.

  „Mroki Łowisk” to powieść o szukaniu własnych dróg, namiętnościach i braku pewności bohaterów czy ich wybory życiowe są słuszne. O szukaniu odpowiedzi na życiowe dylematy i wytyczaniu nowych dróg.  Lubię, gdy fabuła mnie zaskakuje, a bohaterzy nie postępują szablonowo. Drugi tom historii Łowisk zaciekawił mnie zdecydowanie bardziej niż poprzedni a autorka interesująco połączyła elementy magii z realnością. Dlatego uważam, że dla fanów  powieści "Lewy brzeg" to pozycja obowiązkowa. Polecam.



niedziela, 31 lipca 2016

Francuskie zlecenie - Anna J. Szepielak



       Niestety w tym roku nie dane mi było pojechać gdzieś w odlegle miejsce na urlop, dlatego gdy zobaczyłam uzupełnione wydanie „ Francuskiego zlecenia”, pamiętając co nieco z wcześniejszej jego lektury, zapragnęłam przeczytać go na nowo. I był to zdecydowanie jeden z moich lepszych pomysłów. Ewa, dziewczyna pracująca jako fotograf, zostaje przez szefa wysłana w urokliwe miejsce w Prowansji. Ma tam zrobić zdjęcia do folderu reklamowego kwiaciarni „U Flory”. Przyszła jej właścicielka, Eliza zabiera ją w rodzinne strony, przedstawia nestorce rodu, babci Konstancji i stara się, aby Ewa poznała całą rodzinę i ich zwyczaje, bo być może właśnie to pomoże stworzyć taki cykl zdjęć, który przyciągnąłby potencjalnych klientów. Ewa zauroczona miejscem, rodziną, poznaję historię rodu, która niezwykle barwna, pełna niesamowitych dziedziczek tak ją pochłania, że dziewczyna zaczyna analizować również własne drzewo genealogiczne. Wielopokoleniowa familia u której przebywa, pielęgnująca tradycję i otoczona dużym szacunkiem, wzbudza ogromny respekt. Ewa zaczyna weryfikować swoje życiowe plany, poważniej myśleć zarówno o swojej przyszłości jak i pasji. Mało tego, jej pewna intrygująca zdolność, której na początku najchętniej by się jak najszybciej pozbyła, objawia się coraz wyraźniej.
   Autorka przedstawia nam fantastyczną galerię postaci, rodowe tajemnice, kiełkującą przyjaźń a wszystko to okraszone magią. Czytelnik jak i bohaterka powieści, będzie szukać odpowiedzi na wiele pytań, próbować łączyć fakty, a to tym razem zadanie nie za proste. Dzieje rodu są pełne zagadek i nietypowych zdarzeń, lecz jak to w powiedzeniu, historia z reguły kołem się toczy.
   Powieść tę, czyta się znakomicie. Piękny, elegancki język, ukazany wspaniały, malowniczy krajobraz. Autorka jak impresjonista, plamka po plamce atakuje zapachami ziół, kwiatów i niesamowitym klimatem urokliwej Prowansji. Nietypowy ogrodnik i jego umiłowanie do literatury można by rzecz pozytywistycznej, harmonijnie wtapia się w fabułę. Muszę przyznać, że powieść ta zawiera wszystko co charakteryzuję dobrą sagę rodzinną i naładowana paletą emocji, ogromnie wciąga.
I być może to wszystko brzmi jak bajka, lecz miło jest w pędzącym naprzód świecie, doświadczyć tak pozytywnych uczuć. Warto zatopić się w fabule i przenieść się do malowniczej Francji, wspaniały relaks gwarantowany.



piątek, 29 lipca 2016

Nieboszczyk wędrowny - Małgorzata J. Kursa

   To, że raczej nikt nie czuje się przy nieboszczyku komfortowo, to jak najbardziej normalne. Dlaczego jednak każdy, nawet nie wplątany w jego śmierć, chce się jak najszybciej pozbyć trupa ze swojego terenu? Młody Zawilski ginie śmiercią nagłą i można by stwierdzić, nietypową. Również jego morderca nie posiada żadnych charakterystycznych cech takowemu przypisywanych. Wręcz można przypuszczać, że jest jego przeciwieństwem, no chyba, że uznamy go winnym z powodu imienia i wrednego czasem charakteru. Zawilski mało, że umiera, to na dodatek nikt nie chce wezwać policji , i każdy mający styczność z jego ciałem stara się go jak najszybciej pozbyć. Cóż to więc za gangrena była za życia? Marylka, spadkobierczyni domu i apteki, od dziecka go nie znosiła, twierdząc, że już wtedy było to wredne i złośliwe bydlę. Czyżby i takim okazał się w dorosłym życiu?
   Małgorzata Kursa proponuje czytelnikom kryminał, którego najlepszym określeniem byłoby „inteligentny”. Nie spotkamy tutaj psychopatycznych morderców i traumatycznych, psychologicznych wynurzeń, lecz wspaniale skonstruowaną zagadkę i interesującą galerią postaci w tle. Najciekawsze jest to, że mordercę mamy podanego na talerzu, nie znamy jednak motywu działań nieboszczyka i to jest właściwie największe niedomówienie autorki. Tylko po co pytam? Czy po to, abyśmy nie mogli oderwać się od książki ani na moment? Dumali, parskali śmiechem i przypalając obiad wyobrażali sobie topografię Kraśnika?? I jak można doprowadzać do tego, żeby starsze panie, nadwyrężały swoje kręgosłupy i w nocy zapuszczały się do parku? A co będzie jak jak się natkną na jakiegoś chuligana?
   Muszę przyznać, że autorka niesamowicie urzekła mnie swoim ogromnie lekkim, pełnym humoru (czasami konkretnie czarnego) stylem oraz nietuzinkowym podejściem do gatunku. Jestem pełna podziwu z jak wielką precyzją przedstawiła przesympatycznych bohaterów powieści, sięgając nawet do ich genealogicznych korzeni. Tutaj wszystko jest ważne i nawet to, co z pozoru błahe ma sens. Autorka jest fantastyczną obserwatorką i umiejętnie w ten sposób uzyskaną wiedzę wykorzystuje w fabule. Można się pokusić o stwierdzenie, że powieść ta pełna jest psychologiczno- socjologicznych wniosków, przedstawionych w formie ironiczno- prześmiewczej.
Jeżeli ktoś szuka odprężającej lektury na koniec dnia to „Nieboszczyk wędrowny” będzie idealny. Rozbawi, zrelaksuje i mimo wątków sensacyjnych nastawi optymistycznie do otaczającego nas świata. Zdecydowanie polecam.


sobota, 23 lipca 2016

Cześć, co słychać? - Magdalena Witkiewicz



    Magdalena Witkiewicz należy do jednej z moich ulubionych pisarek. Do tej pory po jej książki sięgałam gdy miałam ciężkie dni, czy po prostu zły humor. Są napisane niezmiernie lekkim piórem, z dużą dawką humoru, fabuła rewelacyjnie wciąga, naprawdę potrafią mnie rozbawić. W tym momencie można zauważyć, że twórczość autorki ogromnie zmienia się, jej książki są zdecydowanie poważniejsze, poruszają trudne, niejednokrotnie bolesne dla bohaterów tematy. „Cześć, co słychać?” pomimo klasycznej formy powieści można nazwać monologiem, który główna bohaterka, czterdziestoletnia Zuza wygłasza przed niewidzialną widownią lub przed własnym terapeutą. Skarży się w nim na pewną rutynę, codzienność, która panuje w jej małżeństwie, na brak większych emocji, na brak motyli w brzuchu. Analizuje, porównuje, cały czas podkreśla, że kocha swoje życie jak i własną rodzinę takimi jakie są, i że nic absolutnie nie chciałaby zmieniać. Ale zaczyna męczyć ją pewna systematyczność zdarzeń, tak samo jak brakuje jej emocji, dodatkowej adrenaliny. Pewnym motorem zdarzeń staje się spotkanie z klasowymi przyjaciółkami. Każda inna, z odmiennym dorobkiem życiowym, skrzętnie ukrywają własne historie, pod szyldem lukrowanych zdjęć na Facebooku. Spotkanie z osobami z przeszłości powoduje, że Zuza coraz częściej zaczyna wspominać swoją pierwszą miłość, urokliwego Pabla. Wraca do listów od niego, wspomina. „W tamtym życiu częściej się uśmiechałam sama do siebie. A może nie? Ale na pewno było więcej momentów, które wywoływały cudne kołatanie szczęśliwego serca”. Facebook daje w tej chwili wiele możliwości i wysłanie tak niewinnej wiadomości jak „Cześć, co słychać?” do osoby, której nie widzieliśmy wiele lat, nie wydaje się niczym aż tak szczególnym. Jednak to zdarzenie całkowicie odmienia życie głównej bohaterki. Magdalena Witkiewicz tym razem proponuje nam powieść ogromnie refleksyjną i prawdziwą. Tu nie ma wydumanych bohaterów, tu są postacie do bólu zwyczajne, z mnóstwem dylematów i problemów. Czy ich bagaż doświadczeń będzie na tyle duży, że pozwoli na dostrzeżenie zagrożenia? Czy przeżyte lata mogą być synonimem mądrości życiowej? Główna bohaterka spokojnie żyje w świecie stworzonym razem z mężem i córkami. Jakie wcześniejsze przeżycia powodują, że nie potrafi zamknąć drzwi za przeszłością? 
Często nasza codzienność wydaje nam się zwyczajna, bez fajerwerków, nie doceniamy pewnych chwil, czy zdarzeń. Jednak nadchodzi dzień, kiedy dochodzi do nas, jak wiele nieraz posiadamy, jak ważni są ci, których mamy obok siebie. Zuzanna przekona się o tym za późno. 
   Tak myślę, że świetny byłby audiobook tej książki, ponieważ bohaterka jest tak do bólu prawdziwa, że słuchając wydawałoby się, że to autentyczna opowieść, niby taka trochę jak ich wiele lecz z pewną zagadką, niedomówieniem w tle. I absolutnie nie zgodzę się z głosami, że jest to najsłabsza i najnudniejsza powieść Magdy Witkiewicz. 
   Myślę, że  autorka specjalnie tak poprowadziła fabułę żeby była przewidywalna, ponieważ cały czas przygotowywała czytelnika na ten jeden moment, który może nie powoduje zwrotu akcji, lecz staje się zarówno pewnym wytłumaczeniem zachowania bohaterki, jak i swoistym powieściowym katharsis. 
   „Cześć, co słychać?” to książka o niezamkniętych rozdziałach życia i trudnym dokonywaniu wyborów. Ogromnie refleksyjna i autentyczna jest pewną przestrogą dawaną tym, którym ich codzienność wydaje się za zwyczajna. Przypomina, że rozwiązania nie przychodzą same, a konfrontacje nie zawsze wychodzą tak jakbyśmy tego chcieli. Autorka nie ocenia, krytykuje czy podsuwa odpowiedzi, lecz prowadzi czytelnika po meandrach kobiecej duszy. A robi to znakomicie. Zdecydowanie polecam.